Smocze opowieści

Stanisław i Zygmunt

Pod koniec XIX wieku u stóp Wawelu żył i pracował pewien rzeźbiarz i fotograf. Pochodził ze Lwowa. Był znany w środowisku artystycznym, przyjaźnił się między innymi z Janem Matejką. Swoje prace wykonywał między innymi dla Wawelu i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Miał dwóch synów – Stasia i Franciszka.

Ten drugi jednak zmarł w dzieciństwie. Staś natomiast jako ulubione miejsce zabaw z kolegami wybierali sobie wzgórze wawelskie. Razu pewnego umyślili sobie, by wspiąć się na wieżę katedralną, żeby na własne oczy zobaczyć monumentalny dzwon Zygmunt. Gdy już dotarli na wieżę, nie wystarczyło im oglądanie monumentalnego działa Hansa Behema. Postanowili zatem dzwon rozkołysać. Staś próbował robić to samodzielnie wcześniej, lecz sił mu nie stało. Z kolegami poszło już dużo łatwiej. Rozkołysali więc molocha. Natychmiast na wieży pojawili się zaalarmowani kościelni, gdyż dzwon odzywał się tylko w najbardziej doniosłych chwilach. Łobuziaków zaprowadzili do biskupa. Ten zapytał, kto wpadł na taki pomysł. Do owego występku przyznał się Staś. „Oj, dziecko, musisz zasłużyć na to, by Zygmunt zadzwonił dla ciebie”. „Zasłużę” – odpowiedział chłopak.

I jak powiedział, tak też zrobił… Początkiem grudnia 1907 roku w kierunku kościoła na Skałce szedł kondukt pogrzebowy. I wtedy zabrzmiał dzwon Zygmunt. Żegnał w ten sposób owego Stasia, czyli Stanisława Wyspiańskiego. A owym rzeźbiarzem i fotografem, który miał zakład u stóp Wawelu był ojciec owego wielkiego artysty – Franciszek Michał. Stanisław Wyspiański nie życzył sobie przemów nad grobem. Na ostatnią drogę wystarczył mu dźwięk dzwonu ze Wzgórza Wawelskiego, który wybrzmiał w jego dramatach: „Weselu”, gdy Stańczyk opisuje jego zawieszenie i pierwsze dzwonienie, „Wyzwoleniu”, gdy dzwon odzywa się do narodu i w „Akropolis”.

Dodaj komentarz